See (E)U later?

See (E)U later?

Dziś około godziny 7 rano polskiego czasu, przedstawiciele brytyjskiej komisji wyborczej ogłosili wyniki wczorajszego referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej przez Królestwo Wielkiej Brytanii. 51,9% z głosujących w referendum wybrało odpowiedź „Leave”. Większość z nich chce opuścić Unię Europejską i jak mówi Nigel Farage, tym samym odzyskać wolność i niepodległość. Rynki zalały się czerwienią, kurs funta brytyjskiego spadł do poziomów nie widzianych od 30 lat, a głowy czołowych państw europejskich prześcigają się w pisaniu scenariuszy, dotyczących przyszłości Unii.

Tymczasem bardzo mało osób zwraca uwagę, że z prawnego punktu widzenia to referendum ma znaczenie tylko symboliczne. Jego wyniki owszem dają do myślenia, ale należy pamiętać, że ma ono przede wszystkim wymowę polityczną. Oto okazuje się, że polityka Davida Camerona poniosła klęskę. Cytując J.K. Rowling: „tak to jest gdy się zepsuty zegarek chce naprawiać przy pomocy młotka”. Niestety efekt politycznej rozgrywki z brytyjskiego parlamentu odbił się echem się o wiele głośniejszym niż się wielu spodziewało. Nie wierch wyszłu najgorsze cechy eurosceptyków i europrzeciwników. Daje im paliwo, którymi mogą podlewać pożary wywołane generalnie kryzysem przywództwa w Europie. Na horyzoncie widać kolejne próby destabilizowania porządku, który po latach niepokojów politycznych udało się wprowadzić, zawiązując w 1958 Europejską Wspólnotę Gospodarczą. Wbrew temu, co regularnie powtarzają konserwatyści i zwolennicy państw narodowych, to właśnie wspólne interesy chroniły Europę przed wrogimi działaniami lepiej, niż armie, czy broń jądrowa.

Jednak wracając do skutków wczorajszego referendum, należy wprost zaznaczyć, że bardziej zmieni on oblicze samej Unii Europejskiej, niż Wielkiej Brytanii. Nie oszukujmy się, nawet jeśli dojdzie do „Brexit-u” to będzie on wyjściem z UE tylko formalnie i prawdopodobnie za wiele lat. Nie sposób też dzisiaj przewidzieć kiedy procedura wyjścia z UE się w ogóle zacznie. Unia Europejska jest dla Wielkiej Brytanii największym partnerem handlowym i nie należy oczekiwać, że się to zmieni. Umowy, dotyczące swobodne przepływu usług, czy kapitału będą obowiązywać nadal i jestem przekonany, że w niemal niezmienionej formie będą podpisane ponownie. Podobnie z utrzymaniem pracowników z krajów UE. Nawet Nigel Farage nie wierzy w to, że nagle te wszystkie brudne, niewdzięczne i śmierdzące prace, które dziś wykonuje kilkaset tysięcy pracowników ze wschodniej Europy, zaczną być wykonywane przez rodowitych Brytyjczyków (każdy kto był na „saksach” wie, że to praca, której nie tkną nawet za 30 funtów za godzinę). Gospodarka brytyjska potrzebuje otwartego rynku oraz konsumpcji, którą generują te miliony emigrantów. Prawidłowości te nie ulegną zmianie, nawet jeśli UK opuści Wspólnotę. To, że brytyjska flaga zniknie sprzed budynków unijnych instytucji będzie miało znaczenie głównie symboliczne. Przypomnijmy, że to nie był wymóg Unii Europejskiej, by otworzyć rynki na emigrantów. To była suwerenna decyzja rządu w Londynie i tego Nigel Farage czy Boris Johnson nie zmienią.

Dzisiaj dziwić może deklaracja Davida Camerona, że do dymisji poda się on dopiero za 3 miesiące, choć doskonale zdaje sobie on sprawę, że dla samej UE lepiej byłoby, gdyby zadośćuczynił woli większości mieszkańców Wysp jak najszybciej. Pozwoliłoby to możliwie szybko ustabilizować sytuację na rynkach, a przecież o to właśnie chodzi włodarzom w Brukseli. David Cameron nie składa dymisji dlatego, że czeka. Czeka na skutki decyzji Brytyjczyków. Czeka na kaca, którego wielu z nich zacznie lada moment odczuwać. Czeka na decyzje o zjednoczeniu Irlandii, czy na ogłoszenie niepodległości przez Szkocję. Czeka również na zapowiedzi reform Unii Europejskiej, które są nieuniknione. Dziś zwolennicy daleko idących zmian dostali do ręki bardzo poważny argument, argument który dali im kierowani własnymi interesami Brytyjczycy.

Możliwych scenariuszy jest wiele. Od postępującej dezintegracji, poprzez pozorne zmiany, aż do realne reformy. Postępująca dezintegracja, to moim zdaniem, największe dziś zagrożenie dla spokoju w Europie. Niestety pierwsze reakcje szefów krajów członkowskich pokazują, że jest ono realne. Marszałek polskiego Sejmu mówi o wzroście znaczenia Grupy Wyszehradzkiej, zaś „stara szóstka” planuje osobne spotkanie w sprawie przyszłości UE. Coraz głośniej mówi się, że potrzeba zacieśnienia integracji wewnątrz strefy euro (co skutkowałoby także odrzuceniem na peryferia m.in. Polski). Zmiany pozorne to z kolei coś, w czym przez ostatnie lata Unia Europejska osiągnęła perfekcję i co niestety tylko napędza eurosceptyków. Chcemy tego czy nie, Unia musi się zmienić w sposób realny, lecz przemyślany. Sugerowany przez konserwatystów nowy traktat europejski, w którym podkreślona zostanie rola państw narodowych to ubieranie wilka w skórę owcy. To właśnie narodowy egoizm, tak silny w krajach wschodniej Europy, podsycany i dotowany przez rosyjskie ruble, doprowadził do sytuacji, w jakiej znalazła się dziś UE. Nowy traktat europejski stałby się tylko przyczynkiem, by w każdym z krajów członkowskich wzmocnić te radykalne tendencje. Unia potrzebuje rozsądnych decyzji i silnego przywództwa. Są one warunkiem przetrwania tej organizacji.

I na koniec jeszcze krótki komentarz do dzisiejszego wystąpienia polskich władz, na czele z Prezesem Kaczyńskim. Raczej trudno sobie wyobrażać, żeby liderzy państwa, którzy przez ostatnie miesiące ostentacyjnie lekceważą Konstytucję swojego kraju, lekceważą obowiązujące Polskę traktaty międzynarodowe i kontestują autorytet Komisji Weneckiej czy zalecenia Komisji Europejskiej, byli traktowani dzisiaj poważnie, jako liderzy zmian w Unii Europejskiej. I to chyba jest najgorsza wiadomość dla Polski w związku ze skutkami wczorajszego referendum.

Grafika: „The Sun”

Leave a Reply