Wyborcza hipokryzja niszczy proces zarządzania miastem. Tyko silny głos mieszkańców może ją powstrzymać

Wyborcza hipokryzja niszczy proces zarządzania miastem. Tyko silny głos mieszkańców może ją powstrzymać

Weszliśmy w rok wyborczy i szybko mogliśmy przekonać się, jak kampanijna hipokryzja wpływa negatywnie na proces zarządzania naszym miastem. Razem ze stowarzyszeniem Inicjatywa Polska prowadziliśmy od roku kampanię na rzecz wprowadzenia darmowych przejazdów komunikacją miejską dla uczniów szkół podstawowy we Wrocławiu. Kiedy zaczynaliśmy naszą akcję wrocławscy urzędnicy reagowali na nią z niechęcią. Słyszeliśmy standardowy argument, że jest to inicjatywa niepotrzebna, na którą nie ma środków. Jednak minął rok, a Jacek Sutryk – dyrektor Departamentu Spraw Społecznych, który uchodzi za następcę Rafała Dutkiewicza, dokonał zwrotu o 180 stopni, ogłaszając jako swój pomysł, że będzie walczył o wprowadzenie od września darmowych przejazdów dla uczniów. Zmiana podejścia magistratu z jednej strony nas cieszy, bo niezależnie czy jest to element kampanii czy nie, to daje nadzieję, że zrobimy coś więcej dla wrocławskich dzieci i przy okazji dołożymy cegiełkę do walki z korkami i smogiem. Jednak w takich nagłych zwrotach akcji jest coś bardzo destruktywnego dla miasta, o czym nie powinniśmy zapominać.

Jeśli rządząca drużyna oferuje jedną wizję przez długie lata swoich rządów i dokłada wielu starań do utrzymania status quo, a potem nagle przed wyborami zmienia całkowicie swoje priorytety, to oznacza to, że urzędnicy mieli świadomość, że ich działalność nie spełniała oczekiwań i potrzeb mieszkańców, a mimo to nie podejmowali działań, aby to zmienić. Zamiast tego czekali tylko do kolejnych wyborów, aby rozdać w kampanii nowe obietnice. Uwarunkowany cyklem wyborczym brak spójnej strategii magistratu oznacza jednak bierność samorządu wobec kluczowych dla miasta wyzwań. Smog, transport zbiorowy, żłobki, walka z rozlewaniem się osiedli peryferyjnych, w końcu zieleń miejska są obszarami, gdzie nie da się skutecznie zarządzać bez bardzo dalekiego horyzontu czasowego działania. Brak tego ostatniego stoi za tym, że Wrocław potrafi konkurować o pozycję miasta z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem na świecie, czy potrafi objąć opieką żłobkową zaledwie 22% dzieci, a transport publiczny nie zaopatruje efektywnie całego szeregu wrocławskich osiedli. Znalezienie środków na konieczne wydatki i umiejętność zrezygnowania z efektownych, ale zbędnych inwestycji i imprez jest dużym wyzwaniem. Każda duża zmiana wiąże się bowiem z wejściem w sferę czyiś interesów. Stąd Jacek Sutryk pokazał nam tylko to, że miasto potrafiłoby rozwiać szereg problemów dręczących wrocławian, ale do tej pory brakowało tylko jednego – woli politycznej.

Jednak wsparcie przejazdów dla najmłodszych jest tylko czubkiem góry lodowej tego typu zagrań magistratu. Czołowym przykładem mogą tu być rady osiedli. Kiedy jeszcze w 2016 roku wraz z innymi ruchami miejskimi proponowaliśmy przyznanie radom większych kompetencji i realnych budżetów, to urzędnicy nie widzieli takiej potrzeby, bagatelizując wręcz znacznie rad, wytykając mankamenty ich działalności i wątpiąc w ich gotowość do przyjęcia szerszej roli. Mocnym uzupełnieniem takiej narracji było typowe już ignorowanie kart inwestycyjnych zgłaszanych przez rady, przez co ilość drobnych spraw wymagających interwencji miasta na osiedlach rosła. Jednak ponownie zbliżył się rok wyborczy i ze sceptyka prezydent zmienił się w wielkiego sojusznika rad. Ludzie Rafała Dutkiewicza obeszli wszystkie rady, a magistrat zorganizował huczny I Wrocławski Kongres Rad Osiedli, gdzie ogłoszono rzecz nie widzianą wcześniej, 50% więcej środków na rady oraz kilkaset milionów złotych na realizację większości zadań inwestycyjnych zgłoszonych przez rady. Równocześnie prezydent ogłosił wielki plan reformy – nadania nowych kompetencji radom, ale z jednym haczykiem, zmiany miałyby być poddane głosowaniu i wdrożeniu dopiero po wyborach, a co znamienne kampania wyborcza miałaby być okresem intensywnych konsultacji społecznych.

Powyższą analizę możemy kontynuować w temacie smogu, gdzie miasto najpierw chciało się na temacie promować, a jak zdało sobie sprawę z kosztów to zaczęło zrzucać odpowiedzialność na marszałka województwa. Podobne mechanizmy można byłoby wykazać w transporcie zbiorowym, gdzie inwestycje w remont torowiska były latami na bardzo niskie poziomie, co doprowadziło do dzisiejszej sytuacji kryzysowej. Nie lepiej sytuacja wyglądała w budowie nowych linii tramwajowych, gdzie dopiero inicjatywa referendalna, a potem oddech wyborczy zmusiły miasto do przyjęcia bardziej zdecydowanego stanowiska, choć wciąż dalekiego od zaspokojenia potrzeb mieszkańców.

Oczywiście w świetle powyższych mechanizmów unikania odpowiedzialności ciężko wierzyć, że zmiana nastąpi samoistnie, przez jakieś idealistyczne nawrócenie elit.

Tym czego potrzebuje dzisiaj jak powietrza to większej siły głosu obywateli, którzy będą mogli na każdym kroku mówić władzy „sprawdzam”. Obserwując jak władza gimnastykuje się przed wyborami powinniśmy zrobić wszystko, aby presja na pozytywne zmiany była skutecznie wywierana na włodarzy miasta przez całą kadencję. Potrzebujemy zatem w pierwszej kolejności więcej inicjatyw obywatelskich typu „Dzieciaki bez biletów”, aby radni nie mogli zagłuszać ważnych tematów, skazując je na zasłonę milczenia na sesjach.

Stąd Wrocław powinien obniżyć swój absurdalnie wysoki próg inicjatywy uchwałodawczej, który ustanowiony na poziomie 1% mieszkańców uprawnionych do głosowania czyni niemożliwym spontaniczne uczestnictwo mieszkańców w pracach Rady Miejskiej. Prowadząc obywatelską inicjatywę uchwałodawczą “Dzieciaki bez biletów” zmierzyliśmy się z ogromem wyzwania zebrania tak dużej liczby podpisów jak wymagane dziś prawie 5000.  Jakby sama liczba nie była już wystarczającym utrudnieniem, to na dodatek każdy podpis musi być opatrzony nr PESEL, co skutecznie zniechęcało wielu mieszkańców od podpisywania się. Ciężko nie odnieść wrażenia, że takie wymogi zawarto celowo, aby zmarginalizować rolę mieszkańca w procesie decyzyjnym.

Wrocław potrzebuje także innych form partycypacji takich jak silne Rady Osiedli, które będą także wyposażone w narzędzie inicjatywy uchwałodawczej i inne instrumenty, które sprawią, że urzędnicy nie będą mogli mieć poczucia, że mogą bezkarnie ignorować głos mieszkańców osiedli. Byłby to kolejny krok w kierunku ograniczenia hipokryzji politycznej włodarzy. Mamy w końcu konsultacje społeczne i organizacje pozarządowe, które także stanowią silne filary społeczeństwa obywatelskiego.

Festiwal politycznej hipokryzji i wynikające z niego zamiatanie żywotnych problemów mieszkańców pod dywan będzie możliwe tak długo, jak pozwalamy, aby obywatel był na peryferiach życia politycznego miasta. Wrocław musi stać się zatem prawdziwe bliski mieszkańcom, dlatego musi wyposażyć go w maksymalną ilość narzędzi wpływania na prezydenta i radnych. Partycypacja to najlepszy pierwszy krok w kierunku prawdziwej rewolucji w prowadzeniu polityki samorządowej. Bez udziału obywateli nie ma bowiem mowy o nowoczesnym i przyjaznym mieszkańcom mieście.

Fot. Shutterstock/Creative Travel Projects

Leave a Reply